Nie będzie powtórki z Montrealu, o czym marzyłem jeszcze dwa dni temu. Nasi siatkarze przegrali ćwierćfinałowy mecz z Włochami i odpadli z walki o medale. Również piłkarze ręczni przegrali z Islandią i w najlepszym razie zdobędą piąte miejsce. Nie będziemy więc mieli olimpijskiego medalu w grach zespołowych, bo siatkarki zostały wyeliminowane jeszcze w fazie rozgrywek grupowych.
Nie mam jednak pretensji ani do siatkarzy, ani do piłkarzy. Poziom drużyn startujących w tych konkurencjach bardzo się wyrównał. W każdej z nich walczy obecnie po 8 - 10 zespołów wysokiej klasy. Mecze do pewnego stopnia stały się loterią. Niezależnie od umiejętności, coraz większą rolę zaczyna odgrywać zwykłe szczęście. Niech świadczy o tym fakt, że Niemcy, mistrzowie świata w piłce ręcznej przepadli już w pierwszej fazie eliminacji grupowych.
Ze szczęścia jednak trzeba umieć korzystać. Siatkarze przegrali w tie-breaku 14:16, a piłkarze ręczni wynikiem 30:32. I jedni, i drudzy pozwolili rywalom zyskać przewagę - siatkarze w pierwszych dwóch setach, piłkarze zaś w pierwszej połowie gry. Zatem to polskie drużyny musiały gonić za szczęściem, a nie ich przeciwnicy. Wniosek jest prosty - nie wolno oddawać pola już od pierwszej minuty.
Na pociechę pozostaje nam nieoczekiwany srebrny medal Piotra Małachowskiego w rzucie dyskiem. Podobnie jak mistrz w pchnięciu kulą, Tomasz Majewski, Małachowski walczył bez obciążeń i stresu, bo już samo wejście do finału było dla niego sukcesem.
A swoją drogą, medale w kuli i dysku dają nadzieję na odrodzenie polskiej szkoły w rzutach. Może na taki wniosek jeszcze za wcześnie, ale chciałbym powtórki czasów, kiedy rekordy świata i olimpijskie medale Janusza Sidły w rzucie oszczepem sprawiały, że dzieciaki na każdym podwórku rzucały zwykłymi patykami.
Tadeusz Olszański



