Nasi siatkarze mają z Rosjanami swoje porachunki, sięgające jeszcze igrzysk w Montrealu. Gdy oglądałem dzisiejszy mecz Polska – Rosja, przypomniał mi się triumf Polaków w Kanadzie. Wtedy polscy siatkarze, dowodzeni przez Huberta Wagnera, po dramatycznym, finałowym meczu zabrali złoty medal drużynie ZSRR. Dzisiejszy mecz i ten sprzed ponad ćwierć wieku miały niemal identyczny przebieg!
W obu przypadkach zaczęło się od przegranej pierwszego seta, i to w dość fatalnym stylu. Na pociechę powtarzałem sobie słynne powiedzenie Wagnera, że „nie sety się liczą, a wygrane mecze”! W kolejnych minutach spotkanie w Pekinie potoczyło się według takiego samego scenariusza, jak to w Montrealu. Wygraliśmy drugiego seta 26:24, następnego przegraliśmy 24:26, by znów wygrać 25:23 i w ostatecznej fazie zmiażdżyć Rosjan 15:12.
Hubert Wagner miał prostą formułę na zwyciężanie lepszych przeciwników. Twierdził, że „trzeba nie tylko więcej, lepiej, ale i mądrzej od nich pracować”. W swoich powiedzonkach Wagner był bardzo podobny do Kazimierza Górskiego, który też w prosty sposób nazywał odwieczne prawdy. I genialnie kierował drużyną, bo czuł grę!
Od czasów Wagnera siatkówka bardzo się zmieniła. Kiedyś błąd nie oznaczał straty punktu, lecz tylko utratę serwu. Dziś, jak w tenisie, każdy błąd to punkt. Od trenera, który faktycznie jest siódmym zawodnikiem, kierowanie grą wymaga obecnie iście pokerowych umiejętności. Raul Lozano znakomicie rozegrał mecz z Rosjanami. Wiedział, które karty i kiedy zrzucać, kogo i w jakim momencie wstawiać do gry. Robił to o niebo lepiej niż dowodzący naszymi siatkarkami Marco Bonitta.
Pod wodzą Lozano wygraliśmy z Rosją, która uprzednio pokonała Brazylię. My z Brazylią wprawdzie przegraliśmy, ale wchodzimy do ćwierćfinałowej fazy turnieju z wielkimi szansami. Nie tylko na medal, ale – jak w Montrealu – na najwyższe miejsce na podium.
Tadeusz Olszański



