Czas rozliczeń
 Oceń wpis
   

Mamy pierwsze medale, mamy też pierwszy jawny konflikt w polskiej ekipie.

Florecistki, z Sylwią Gruchałą na czele, nie spełniły oczekiwań. Nie tylko nie zdobyły medalu, ale wypadły znacznie poniżej swoich możliwości. W wypowiedziach dla mediów swoje słabe osiągnięcia tłumaczą brakiem zajęć kondycyjnych w cyklu treningowym, kłopotami w dostępie do odnowy biologicznej i brakiem kontaktu z psychologiem. Sylwia Gruchała stwierdziła ponadto, że jeśli atmosfera w kadrze się nie poprawi, to jest gotowa zrezygnować z dalszego uprawiania szermierki.
Może to wyglądać jak szukanie usprawiedliwienia dla własnej słabości, przerzucanie odpowiedzialności na trenera Tadeusza Pagińskiego (współtwórcy poprzednich sukcesów florecistek), oraz  na prezesa Polskiego Związku Szermierczego, Adama Lisewskiego, zawiadującego całością przygotowań do igrzysk.

Lisewski, ongiś sam szermierz, który od 1980 roku pełni obowiązki prezesa, przez lata chodził opromieniony sukcesami florecistek. Teraz ostro zareagował i oświadczył, że zawodniczki same sobie są winne. I skoro Sylwia Gruchała  chce zakończyć karierę, to niech rezygnuje. Tymczasem ta zawodniczka ma dopiero 27 lat, a w szermierce ogromnie liczą się lata doświadczeń. Dowodem  niech będą florecistki z Włoch, które, mimo iż są dobrze po trzydziestce, ciągle należą do najlepszych na świecie.

Po igrzyskach, zwłaszcza gdy drużyna wbrew oczekiwaniom przegrywa, przychodzi czas rozliczeń. Tak było i cztery lata temu, gdy w Atenach zdobyliśmy tylko 10 medali. Podobnie będzie po igrzyskach w Pekinie, choć uważam, że ten rozrachunek zbyt wcześnie się rozpoczął. Na miejscu prezesa Lisewskiego byłbym zainteresowany wyciszeniem konfliktu, wyrastającego z goryczy porażek, oraz znalezieniem faktycznych przyczyn słabszej dyspozycji naszych florecistek. Poszukiwania najlepiej zacząć od siebie. Najmniej skuteczne, co pokazały rozliczenia po igrzyskach w Atenach, są wzajemne oskarżenia i przerzucanie odpowiedzialności.


Tadeusz Olszański

Komentarze (7)
Wychodząc z cienia
 Oceń wpis
   

Na szczęście odległości między obiektami sportowymi są niewielkie. W ciągu jednego wieczoru zdążyłem dwukrotnie zobaczyć Polaków stających na podium. Dzięki Tomaszowi Majewskiemu w Ptasim Gnieździe zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Gdy nasz złoty medalista stanął przed dziennikarzami, z rozbrajającym uśmiechem powiedział: - Głupio było, że nic na tym koncie medalowym nam nie przybywa. Teraz mamy dwa medale i czuję, że lepiej się to potoczy.

Majewski wcale faworytem nie był. Marzył o piątym miejscu. Mieli przecież wygrać Amerykanie: Reese Hoffa, Adam Nelson. To miało być święto w USA - trzech zawodników w finale. Cały turniej był transmitowany na żywo, by Ameryka mogła oglądać swoje wielkie zwycięstwo. - Presja była tak duża, że się zagotowali – powiedział o swoich rywalach Majewski.

To trzecie z kolei igrzyska, w których amerykańscy kulomioci zostali pozbawieni złota. - Bardzo się cieszę, że to właśnie mnie udało się tę passę podtrzymać – mówił zaraz po zejściu z podium Majewski.

Już rano czuć było, że medal wisi w powietrzu. Tomasz Majewski awansował do wieczornego finału z najlepszym wynikiem. A potem było tylko lepiej. 21 metrów 51 centymetrów, które rzucił w czwartej próbie, wystarczyło do zdobycia złota.

- Wiedziałem, że stać mnie na dobry wynik. Tylko musiałem do tego dojrzeć
– powiedział Majewski. - Eliminacje upewniły mnie, ze jestem dobrze przygotowany.

Zanim zawodnik, który zdobył złoto, zacznie się cieszyć ze swojego sukcesu, musi przejść dziennikarską ścieżkę zdrowia. Najpierw udziela wywiadu dla TVP, potem oblega go gromada dziennikarzy z kamerami i mikrofonami (pierwszeństwo mają media elektroniczne). Potem chciałaby mistrza przepytać  telewizja chińska. Kiedy sportowiec dochodzi do dziennikarzy prasowych, ma chyba poczucie, że wszystko już powiedział. Tymczasem Majewski nadal się uśmiecha i żartuje. Twierdzi, że zawsze jest "na luzie". Nawet teraz, ze złotym krążkiem na szyi.
 
Po dokonaniach Tomasza Majewskiego straciła na aktualności moja poprzednia notka. Chińskie media już nas zauważyły. Agencja Prasowa Xinhua pisze: "Polski kulomiot zdobywa pierwszy medal w lekkiej atletyce". Więcej relacji jutro, gdy kupię lokalne gazety.

Aktualizacja 16 sierpnia:  W Pekinie jest 10 rano. China Daily  pisze o Majewskim tak: "Polak bierze najlepszą pozycję. Czarny koń Tomasz Majewski, tak jak przed laty Władysław Komar, dał Polsce złoto w pierwszej lekkoatletycznej konkurencji w Pekinie. Majewski w czwartej próbie pobił swój życiowy rekord  i w imponującym stylu zdobył złoto z wynikiem 21.51 m. Komar był jedynym dotąd  Polakiem, który wygrał tę dyscyplinę na olimpiadzie w Monachium w 1972 roku. Amerykanie, którzy wcześniej mówili, że chcą zdobyć wszystkie trzy medale, skończyli konkurencję na dalszych pozycjach". 

Bardzo miło się robi, gdy piszą o nas w chińskiej prasie. Mam nadzieję, ze to dopiero początek.

Cezary Łazarewicz

 

 

Komentarze (2)
Wreszcie przełom!
 Oceń wpis
   

Po tygodniu niepowodzeń, wreszcie zdobyliśmy medale. I to dwa w ciągu jednego dnia: złoty w pchnięciu kulą oraz srebrny w szpadzie. Dzięki temu Polska wskoczyła na 21. pozycję w klasyfikacji medalowej igrzysk w Pekinie. W tym rankingu jest już ponad 40 państw.
27-letni zawodnik AZS AWF Warszawa Tomasz Majewski nie był faworytem, raczej "czarnym koniem", a więc zawodnikiem, który może sprawić niespodziankę. Dysponuje wprawdzie znakomitymi  warunkami fizycznymi, ma 204 cm wzrostu i waży 136 kg, ale na ważnych zawodach z reguły wyprzedzali go miotacze Białorusi, USA i Rosji. Cztery lata temu zadebiutował na olimpiadzie w Atenach, jednak trudno mu było opanować nerwy i odpadł w eliminacjach. W Pekinie "wyciął" swoim rywalom podobny numer, jak 36 lat temu Władysław Komar w Monachium.

Komar zwyciężając, miał swoje lata, i po sukcesie wręcz ocierał łzy. Majewski do końca zachował olimpijski spokój, pewność siebie i uśmiech. Jestem przekonany, że narodził się nam mistrz wielkiej miary, jakiego w polskim sporcie brakuje.


Nie liczyliśmy też na szpadzistów. Przegrali swoje walki w turnieju indywidualnym. W rywalizacji drużynowej wzięli rewanż, i w półfinale pokonali Chiny 45:44, a więc zapewnili sobie co najmniej srebrny medal. W finale Francuzi byli nie do pokonania, ale oni od  wielu lat są mistrzami szpady. A my zajęliśmy miejsca z reguły zarezerwowane w drużynowej szpadzie dla Węgrów i Włochów.
 
Tadeusz Olszański
 

Komentarze (2)
Polski akcent
 Oceń wpis
   

Aktualizacja, godz. 16.48:  A jednak! Doczekaliśmy się Polaków na podium! Brawa dla kulomiota Tomasza Majewskiego za złoty medal i dla szpadzistów za srebro!

----------

 

W domu wisielca nie rozmawia się o sznurze, a w wiosce olimpijskiej - o medalach. Przynajmniej nie chcą o nich rozmawiać polscy zawodnicy i trenerzy. Dziennikarze i kibice - wręcz przeciwnie. Przy śniadaniu, obiedzie, w autobusie i w metrze, gdy tylko spotka się Polaka, zaraz zaczyna się rozmowa o szansach, medalach i o tym, że Otylia Jędrzejczak była już o włos.

Medali nie ma i w wiosce olimpijskiej rośnie presja. Wszyscy chcą się dowiedzieć, czy i kiedy się uda. Zawodnicy trzymani są pod kloszem przez swoich trenerów. Mają myśleć o tym, by dać z siebie wszystko i osiągnąć jak najlepszy wynik. Pod szczególną ochroną są ci, którzy mogą jeszcze wygrać, nasze szanse medalowe: Anna Jesień, Marek Plawgo i Monika Pyrek.

Paweł Jesień, trener i mąż płotkarki Anny mówi, że zawsze przed takimi zawodami dziennikarze pytają żonę o to samo: „Czy zdobędzie pani złoty medal?”  Zawodnicy nie wiedzą, jak na to pytanie odpowiadać. „Tak, oczywiście. Postaram się” – zapewniają.

Jan Widera, trener płotkarza Marka Plawgo dodaje, że ograniczyli kontakty z dziennikarzami, bo nadmuchiwanie balona oczekiwań nie wpływa dobrze na żadnego zawodnika. Wiadomo, że nikt nie jest w stanie zagwarantować zwycięstwa.

Cel jest prosty – tłumaczy trener Widera – na igrzyskach zawodnik musi pobiec w granicach swojego rekordu życiowego. To będzie oznaczało, że trener i zawodnik rzetelnie wykonali swoje zadanie. A czy ten wynik da medal, to zależy od osiągnięć rywali.  

W piątek Marek Plawgo wystartuje po raz pierwszy w eliminacjach, w poniedziałek, miejmy nadzieję, w finale.

 

Tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi magazyn Time zrobił ranking 100 największych gwiazd obecnych w Pekinie. Wśród tej setki jest tylko dwoje Polaków. Na miejscu 40. jest Adam Korol (nazywany przez Time'a „synem wioseł”) - jeden z zawodników cudownej czwórki wioślarskiej, która od trzech lat nie przegrała żadnego wyścigu. Dwadzieścia pięć oczek niżej uplasowała się Otylia Jędrzejczak, która tym razem wróci z igrzysk bez medalu. Trzeba to uczciwie powiedzieć: nie jesteśmy żadną potęgą sportową. Być może nasze oczekiwania są zbyt wysokie.

Cztery lata temu przywieźliśmy z Aten tylko 10 medali. Zapytałem wtedy Henryka Urbasia, obecnego attache prasowego Polskiej Reprezentacji Olimpijskiej, dlaczego wypadliśmy tam tak słabo. Odparł, że powinniśmy się cieszyć, bo nie wiadomo, czy w Pekinie ten wynik uda się powtórzyć.

W trakcie igrzysk chińska prasa poświęciła polskim olimpijczykom tylko jeden tekst. Profesor Jennifer Finney Boyland zastanawia się w nim nad sensownością wprowadzenia testów badających płeć zawodników. W artykule opisuje przypadek Stelli Walsh (u nas bardziej znanej jako Stanisława Walasiewiczówna), najszybszej kobiety świata, która okazała się być obojnakiem. To jedyny polski akcent w chińskiej prasie.

Cezary Łazarewicz

Komentarze (0)
Trudna sztuka wygrywania
 Oceń wpis
   

Nasi siatkarze stoczyli zacięty pojedynek z Serbami. Po dramatycznej walce wygrali pierwszego seta 31:29, a potem cały mecz 3:1. Pokazali lwi pazur, udowodnili, że nieobca im jest sztuka pokonywania równorzędnego, a nawet mocniejszego rywala. Serbowie to utytułowana drużyna, nie zawsze z nimi wygrywaliśmy.

Umiejętność wygrywania (zwłaszcza w najważniejszej próbie, czyli na igrzyskach olimpijskich), to rzadka, prowadząca do mistrzostwa, cecha. Odnoszę wrażenie, że wielu naszym reprezentantom jej brakuje. W bardzo licznej polskiej ekipie znaleźli się sportowcy, którym brak tej cechy przeszkodził w zdobyciu medali już cztery lata temu, w Atenach. Niemniej i teraz, mądrzejsi o tamtą porażkę, pojechali po rewanż i znów zawiedli. W decydujących ułamkach sekund okazywali się słabsi nawet w starciu z rywalami, z którymi wygrywali na mistrzostwach Europy czy świata.

Dziś dowiedziałem się, jak będzie przebiegać powrót naszej reprezentacji do kraju. Powitanie pierwszej grupy, która wyląduje na Okęciu 18 sierpnia, odbędzie się w strefie zamkniętej lotniska. Liczną grupę naszych reprezentantów i ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, zamiast tłumu kibiców, będą witać tylko ci, którzy otrzymają specjalne zezwolenia. Podobne zasady wprowadza się raczej w przypadku niepowodzeń, a nie sukcesów. Te plany mogą świadczyć o tym, że w polskiej ekipie panuje atmosfera lęku.

Po tygodniu igrzysk nadal jesteśmy bez medalu. Cztery lata temu, w Atenach, gdzie również potężnie narzekano na brak sukcesów, było lepiej niż dziś w Pekinie. Otylia Jędrzejczak była bowiem u szczytu swoich możliwości i wywalczyła jeden złoty oraz dwa srebrne medale. To był wielki „kapitał” ekipy.

Przed nami jednak jeszcze sporo dni, sporo szans w zmaganiach, które toczą piłkarze ręczni, siatkarze, sztangiści, wioślarze, a rozpoczną wkrótce lekkoatleci i kajakarze. Oby wykazali się tym lwim pazurem, który zademonstrowali dziś siatkarze w meczu z Serbią.

Tadeusz Olszański

Komentarze (0)
Chińczyk mistrzem szabli! Jak to możliwe?
 Oceń wpis
   

Węgrzy, Włosi, Francuzi, Polacy i Rosjanie łapią się za głowę! Przecież to oni od zarania nowoczesnych olimpiad wygrywali zawody w szabli. Indywidualnie i drużynowo.

- To niemożliwe! - mówi wielokrotny medalista olimpijski w szabli inż. arch. Wojciech Zabłocki, kiedy dzwonię do niego i komunikuję, że 25-letni reprezentant Chin Zhong Man pokonał wszystkie europejskie sławy i zdobył złoty medal olimpijski. Po chwili jednak dodaje: - No tak, stało się. Chińczycy są wszechstronnie utalentowani, mają predyspozycje w sportach zręcznościowych, do których należy szermierka. Mają też bogatą tradycję sztuk walki, tyle, że dotąd nie dotyczyło to szermierki na szable. Nie umiem sobie wyobrazić, jak udało im się dokonać takiego postępu!

Otóż w prosty sposób. Cztery lata temu Chińczycy zaangażowali wybitnego francuskiego fechtmistrza Christiana Bauera, który wychował wielu mistrzów świata, nie tylko w swojej ojczyźnie, ale również we Włoszech.

- Dla Francuza życie w Chinach, zwłaszcza w zamkniętym ośrodku treningowym nie jest szczególną atrakcją - mówił Bauer jeszcze przed igrzyskami – ale takich warunków pracy nigdzie by mi nie zapewniono. Jako główny trener szabli miałem do dyspozycji cały sztab współpracowników. Poczynając od tłumaczy, zespół odnowy, trenerów-asystentów  poszczególnych specjalności (ogólnego rozwoju lub pracy nóg), a skończywszy na psychologach i lekarzach. Wszystkie polecenia były natychmiast realizowane. Każdy sprzęt – natychmiast dostarczany. No i zarobki. Gdzie w Europie fechtmistrz dostanie 100 tysięcy euro rocznie, plus ewentualne premie po igrzyskach! Przy jednoczesnym pełnym i znakomitym utrzymaniu. A najważniejsza jest niezwykle utalentowana ruchowo, sprawna fizycznie i liczna kadra. Z tak wielką wewnętrzną dyscypliną, jaką charakteryzują się chińscy sportowcy, jeszcze się w swojej karierze nie spotkałem. Traktowali mnie jak Boga! I musiałem im stale powtarzać, by patrzyli mi w oczy, kiedy zwracam im uwagę. W przeciwnym razie stali z opuszczonymi głowami w akcie głębokiej skruchy.

Bauer zrobił swoje. Kierowani przez niego szabliści i szablistki z Chin wywalczyli prawo startu w turnieju drużynowym i tym samym w indywidualnym. A to w sumie oznaczało osiem medalowych szans. I jedna już została wykorzystana w stopniu maksymalnym – Chiny zdobyły złoto.
Ciekawe, w ilu jeszcze konkurencjach Chińczycy zaskoczą sportowy świat swoimi sukcesami?

Tadeusz Olszański

Komentarze (5)
Jedząc na mieście
 Oceń wpis
   

Autorzy „Podstawowych dialogów dla olimpijskich wolontariuszy”, które można dostać w każdym pekińskim McDonaldzie, uczą młodzież jak powinna wyglądać wzorcowa rozmowa Chińczyka z obcokrajowcem. Mcdonaldowy savoir-vivre zakłada, że w pierwszym pytaniu Chińczyk powinien zapytać o wrażenia z pobytu w Pekinie. Autorzy dopuszczają tylko dwie odpowiedzi:

1. Byłem zdumiony ilością ludzi, którzy pojawiają się wszędzie.
2. Chiny są bardziej nowoczesne niż się spodziewałem.

Na pytanie, co wprawia cię w Chinach w zakłopotanie, też są tylko dwie możliwe odpowiedzi:

1. Czuję się mało komfortowo, gdy wszyscy się na mnie gapią.
2. Nie lubię pytań, co ile kosztuje w moim kraju.

 

Akurat mnie to nie przeszkadza. Jedyny kłopot sprawia mi komunikacja werbalna. W zetknięciu z rzeczywistością wszystkie języki w gębie zamierają. Wiem, że taksówkarze byli na specjalnych, przedolimpijskich kursach angielskiego, ale naprawdę nie potrafię ich zrozumieć. Szanuję ich, bo nie kantują klientów, ale zrozumieć nie potrafię. Wiem, że gdyby umieli mówić, to chętnie by mi pomogli.

Jeszcze przed wyjazdem dowiedziałem się, że trzeba jadać tam gdzie miejscowi. Dlatego na początku pytałem każdego, czy mógłby mi polecić jakąś lokalną restaurację. W Pekinie okazało się, że można ją poznać po nakryciu stołu: trzeba iść tam gdzie leżą ceraty, a nie obrusy. Ale tam można wejść tylko z przewodnikiem, gdyż restauracje "ceratowe" nie mają w menu ani obrazków, ani angielskiego tłumaczenia. Jedzenie w takiej knajpie jest jak spacer po linie rozwieszonej nad przepaścią. Kiedyś w jednej z nich trzykrotnie próbowałem zamówić herbatę i dostawałem kolejno: 7 Up, piwo i sok śliwkowy. A kuchnia chińska jest przecież pełna niespodzianek i można tam znaleźć całe bogactwo europejskich ogrodów zoologicznych.

Dlatego organizatorzy pospieszyli nam z pomocą i przygotowali odpowiednie słowniki, które są rozdawane w wiosce olimpijskiej i prasowej. Początkowo korzystałem z „300 chińskich sentencji dla olimpijczyków”, pozycji wydanej przez Pekiński Komitet Organizacyjny Igrzysk. Książka wydała mi się zupełnie bezużyteczna, gdy w rozdziale restauracje znalazłem pytanie zupełnie nie na miejscu w Pekinie: Nali you qingzhen fandian (Gdzie znajdę restaurację arabską?). Zresztą zauważyłem, że i tak nikt nie rozumie mojego chińskiego, bo transkrypcja fonetyczna jest bardzo skomplikowana i bez ćwiczeń z lektorem nie sposób uzyskać prawidłową wymowę.

 

Znacznie praktyczniejszy jest więc rozdawany na terenach olimpijskich „Międzynarodowy tłumacz: Komunikacja natychmiastowa”, rekomendowany przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Jest to składana książeczka, w której zamiast słów występują rysunki. Jej dodatkowym atutem jest obszerny rozdział pod hasłem: „jedząc na mieście”.  Na przykład, jeśli chcemy zamówić w restauracji wino, najpierw pokazujemy palcem narysowany kieliszek a potem butelkę, która na rysunkach może być biała, różowa i czerwona. Osobny rozdział poświęcony jest zagadnieniom kulinarnym związanym ze zwierzętami domowymi. Teraz wystarczy pokazać na obrazku szczura i powiedzieć „bu shi” by mieć pewność, że makaron jest na pewno z tofu.


fot. Cezary Łazarewicz


Słownik nie jest jednak doskonały, bo na dość proste chińskie pytanie, dlaczego w Pekinie nie zdobywamy medali, nie ma tam odpowiedzi. Jak wytłumaczyć, że my już swoje piętno w dziejach świata odcisnęliśmy pod Grunwaldem, Wiedniem i pod Lenino. Przecież nie ma na to odpowiedniego obrazka.

Cezary Łazarewicz

Komentarze (3)
Jedną bramką...
 Oceń wpis
   

W piłkę ręczną gra się dwa razy po 30 minut. Bramki padają prawie co minutę. Przegrać 29:30 (a więc jednym celnym rzutem), to nie wstyd, choć przecież boli. I to bardzo! Hiszpanie, którzy byli już mistrzami świata, w meczu z Polską objęli prowadzenie. Potem jednak tempo gry dyktowali nasi i prowadzili nawet czterema bramkami. Finisz jednak należał do Hiszpanów, i to oni strzelili o jedną bramkę więcej. Daleki jestem od rozrywania szat. Nasi grali świetnie. Przegrali, bo taki jest sport. Nadal jednak mają realne szanse na medal. Może również jedną, dramatyczną bramką, ale tym razem na naszą korzyść.

Trudniej mi zrozumieć nasze siatkarki, które efektownie wygrywają pierwszego seta ze znakomitymi Kubankami czy Chinkami, a potem gładko przegrywają kolejne trzy sety i schodzą z parkietu pokonane. Wydawałoby się, że znalazły sposób na przeciwniczki, ale w końcu okazuje się coś całkiem odwrotnego. Tamte dziewczyny mają po prostu mocniejszą psychikę. Chyba to jest przyczyną, dla której również w innych dyscyplinach nie wiedzie się nam w Pekinie, i po czterech dniach igrzysk jesteśmy bez medalu.

A swoją drogą, o medale będzie trudniej niż na poprzedniej olimpiadzie w Atenach. Wzrosła bowiem konkurencja. Po rozegraniu 40 z 302 konkurencji w podziale 120 medali partycypowało bowiem aż 40 państw, a więc jedna piąta uczestników. Prowadzą Chiny, bo zdobyły 10 złotych medali plus po 3 srebrne i brązowe. Razem 16. USA zdobyło wprawdzie więcej, bo aż 20 medali, ale tylko 6 złotych, a one decydują o kolejności. Sensacją jest szesnaste miejsce Rosji, której reprezentanci nie zdobyli dotąd ani jednego złotego medalu a tylko 4 srebrne i 3 brązowe. Niezwykłe jest też to, że w czterdziestce zdobywców medali jest aż 13 państw azjatyckich! I to nie tylko Japonia oraz obie Koree, które zawsze liczyły się w olimpijskiej rywalizacji, ale również Azerbejdżan, Indie, Indonezja, Tadżykistan, Tajlandia, Tajwan, Turcja, Uzbekistan czy Wietnam. Niewątpliwie ma to związek z tym, że igrzyska w Pekinie wpłynęły na obudzenie się sportu w całej Azji.

Tadeusz Olszański

Komentarze (0)
Dusza kibica
 Oceń wpis
   

W oczach kibica chińskiego jest żądza sukcesu. Wczoraj spojrzałem w te oczy, gdy Chinki grały z Polkami w siatkówkę. Nie jest łatwo wygrać, gdy ma się przeciwko sobie pięć tysięcy gardeł i dziesięć tysięcy tupiących nóg. Oklaski i okrzyki towarzyszyły każdemu uderzeniu piłki, ale tylko przez Chinki. A pod koniec meczu słyszałem już prawdziwy festiwal tupania.


Z punktu widzenia chińskiego kibica, ten mecz się zupełnie nie liczył. Chinki walczyły z jakimś nieznanym zespołem, i to o przysłowiową pietruszkę. A wiadomo, że liczą się tylko zwycięstwa i medale. Być może dlatego sala po meczu natychmiast opustoszała. Nikogo już nie interesowało, czy Japonki pokonają Wenezuelki, i jak wysoko.

Każdy Chińczyk mógł kupić bilet na igrzyska. Najtańszy kosztował około 3 dolarów. Najdroższy 130 dolarów. Siedem milionów biletów rozeszło się głównie wśród Chińczyków. W dobrym tonie jest być posiadaczem olimpijskiego karnetu. To oznaka prestiżu.

Kibic chiński ma w zasadzie jedno marzenie. Chce, żeby świat dostrzegł, że Chiny to potęga.
Że liczą się w każdej dyscyplinie, nie tylko w produkcji zabawek. Że skoro Xiang Liu potrafi biegać najszybciej na świecie (sprintem przez płotki), a Yao Ming gra najlepiej w koszykówkę, to można zerwać ze stereotypem ospałego, drobnego Chińczyka.

Jest tylko jeden sposób, by świat zauważył tę rodzącą się potęgę. Trzeba zdobyć w klasyfikacji generalnej najwięcej złotych medali. A przede wszystkim, zdobyć ich więcej niż Amerykanie. Na razie zdobywanie medali  idzie zgodnie z planem.

Każdego dnia rano oglądam w telewizji drobną Chen Xiexia dźwigającą sztangę, bo to ona rozpoczęła triumfalną serię. Wiadomości telewizyjne rozpoczynają się od informacji, który z chińskich zawodników już zdobył złoto, a który dopiero planuje to zrobić. Pod wielkim hotelowym telewizorem co i rusz gromadzi się tłumek. Obojętnie, czy to relacja z podnoszenia ciężarów, hokeja na trawie, czy zawodów w łucznictwie. Jednak to zainteresowanie jest selektywne. Gdy Chińczyk na ekranie wykona swoje zadanie, widzowie biją brawo i natychmiast się rozchodzą.

Wiedza o liczbie zdobytych przez Chiny medali jest kluczowa. W dobrym tonie jest bowiem wspomnieć pekińskim znajomym, że ceremonia otwarcia była największa na świecie. W drugim zdaniu warto dodać o zaskoczeniu, jakim jest wspaniała dyspozycja chińskich zawodników i liczba zdobytych przez gospodarzy medali. Należy ją podać precyzyjnie. Wczoraj popełniłem faux pas, pochwaliłem pięć zdobytych medali, a niestety było ich już na koncie siedem. Moi rozmówcy zdziwli się, że jestem niedoinformowany. Ale chyba wybaczyli mi błąd.

Cezary Łazarewicz
 

Komentarze (3)
Nie dla kobiet!
 Oceń wpis
   

Ciągle nie mogę pogodzić się z podnoszeniem ciężarów przez kobiety. To nie jest sport, który harmonijnie rozwijałby kobiece kształty i służył pięknej sylwetce. Wręcz przeciwnie, deformuje. Dopuszczenie pań do tej konkurencji uważam za poważny błąd, decyzję sprzeczną z duchem olimpizmu, który ma rozwijać piękno.


Oglądanie rywalizacji w tej konkurencji narusza moje poczucie estetyki i budzi lęk. Ważąca niespełna 58 kg Alexandra Escobar z Ekwadoru usiłując podrzucić ważącą 127 kg sztangę, zwijała się z bólu i w końcu padła pod jej ciężarem. Było to niebezpieczne, kręgi mogły nie wytrzymać. Czekają nas jeszcze zmagania w wyższych kategoriach wagowych z udziałem zawodniczek o sylwetkach zdeformowanych na skutek siłowego treningu. Chcę z całą mocą wyrazić swoje zdanie: to sport nie dla kobiet!


Inicjator wznowienia igrzysk olimpijskich, baron Pierre de Coubertin zapewne przewracał się w grobie, kiedy MKOl podjął decyzję o włączeniu podnoszenia ciężarów przez kobiety do programu igrzysk. Baron Coubertin w ogóle był przeciwnikiem udziału kobiet w igrzyskach, co nawet w jego czasach (początki emancypacji) było niewątpliwie przesadą. W 1896 r. w Atenach w ogóle nie było konkurencji dla kobiet i dopiero cztery lata później, w Paryżu, wywalczyły sobie one prawo udziału w turnieju tenisowym. W lekkiej atletyce wystartowały dopiero w 1928 roku w Amsterdamie, i to zaledwie w czterech konkurencjach (bieg na 100 m i sztafeta 4x100 m, skok wzwyż i rzut dyskiem). Po raz pierwszy do zmagania się pań ze sztangą doszło w 2000 roku w Sydney.


Dziś na 28 dyscyplin sportowych wchodzących w skład programu igrzysk w Pekinie kobiety mogą walczyć o medale aż w 27. Wyjątkiem jest – moim zdaniem słusznie - boks. Równouprawnienie w sporcie jest niemal stuprocentowe. O jedną wszakże dziedzinę - właśnie podnoszenie ciężarów - za duże. Bo w żadnym wypadku w tym sporcie panie nie prezentują wrodzonego wdzięku i piękna, którym zachwycają w gimnastyce, skokach do wody, grach sportowych i wszystkich pozostałych dziedzinach.

Tadeusz  Olszański

Komentarze (15)
1 | 2 | 3 |
Najnowsze wpisy
2008-08-24 22:45 Grobowa cisza
2008-08-24 15:24 Olimpijski bilans
2008-08-22 17:30 Abstrakcja i rzeczywistość
2008-08-21 17:37 Za Wielkim Murem
2008-08-21 16:46 Czarna data
Najnowsze komentarze
2011-05-21 20:01
biznesforum24h:
Olimpijski bilans
Witam Z przyjemnością muszę stwierdzić ze informacje na Pańskim Blogu są jak najbardziej[...]
2011-03-21 20:39
aep:
Grobowa cisza
Tam gdzie w grę wchodzi duża kasa, krzyczą tylko fanatycy, reszta szuka możliwości zarabiania[...]
2010-01-12 22:48
http://wynikidot.pl:
Grobowa cisza
Jak widac chinczycy doskonale sie organizuja we wlasnym panstwie
2009-12-03 06:38
ugg sale :
Czarna data
UGG boots ,ugg discount ,ugg boots sale,ugg cardy ugg store ,ugg boots online,ugg[...]
2009-11-28 09:07
aion:
Grobowa cisza
www.aion4gold.com
Archiwum
Rok 2008