Grobowa cisza
 Oceń wpis
   

Z kraju płyną pytania, dlaczego bawimy się na stadionach, zamiast pisać o łamaniu praw człowieka w Chinach? Dlaczego nie piszemy nic o Tybecie? Co z prześladowaniami Falun Gong?

W tych sprawach Pekin konsekwentnie milczy. Raz tylko, podczas oficjalnej konferencji Pekińskiego Komitetu Organizacyjnego Igrzysk, Chińczycy poinformowali, że zatrzymano młodych ludzi, którzy rozwiesili transparent na moście.

Wiem, że mnóstwo osób pracuje w dziale promocji igrzysk, to widać każdego dnia. Ale nie potrafię odpowiedzieć, ilu ludzi czuwa, by dziennikarze w Pekinie pisali tylko o sporcie. Ryszard Kapuściński w „Wojnie futbolowej” zauważył, że zwykle nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele pracy wkładają władze, by utrzymać ciszę wokół niewygodnych zjawisk.
Przed moim pierwszym hotelem, na chodniku był rozstawiony posterunek policji. A przed tym, w którym śpię teraz zwykle stoi czarny chrysler. Mijam ten samochód każdego ranka i wieczora. Ktoś zawsze siedzi w środku i obserwuje wejścia do dwóch hoteli. Utrzymują, że to dla naszego bezpieczeństwa, by nic nam się nie stało. 

Widziałem przejeżdżające przez miasto kolumny czarnych samochodów z naklejkami Beijing SWAT . Pomyślałem, że może służą do rozbijania manifestacji. Ale przecież w Pekinie nikt nie protestuje, choć oficjalnie jest to dozwolone, byle w wyznaczonym przez władze miejscu i czasie. Nie słyszałem, by ktoś w Pekinie skarżył się na władze, nie widziałem bitych, ani prześladowanych. Spotykam tylko tych uśmiechniętych, zadowolonych z życia, serdecznych i dumnych ze swojej ojczyzny. 

Tylko raz, gdy wchodziłem na plac Tiananmen, pani F. ostrzegła mnie, bym w tę spiekotę nie próbował się przypadkiem polewać wodą z butelki. To niebezpieczne, bo mogą mnie zaraz powalić, przygnieść do ziemi i obezwładnić. Dlaczego? Falun Gong – kilka razy próbowali samospalenia. F. mówi, żeby głośno tej nazwy nie wypowiadać, bo wśród tłumu krążą milicjanci w cywilu. Skąd miałbym wziąć wodę? Przed wejściem na plac wszyscy są sprawdzani, a butelki z wodą rekwirowane. Dla bezpieczeństwa. 

Zapytałem kiedyś studentki C., co się właściwie stało z członkami Falun Gong. Odparła, że zniknęli. Tak jak jej profesor. Pewnego dnia po prostu nie pojawił się na uczelni. Studentom powiedziano, że ktoś go zastąpi, bo profesora już nie będzie. Nikt nie protestował, nikt nie zadawał trudnych pytań. Zniknął, to zniknął. Może kiedyś wróci. 


Nie wiadomo zresztą, gdzie oni znikają. Więzień nie ma. Znajoma Polka, która mieszka w Pekinie od roku, próbowała ustalić gdzie trafiają przestępcy. Niestety bezskutecznie. To dziwne, ale w żadnej gazecie nie znalazłem informacji o procesach, więzieniach, aresztowaniach i rozbojach. W europejskiej prasie dział policyjny czy sądowy – to filary redakcji. W Chinach takie działy nie istnieją. 

Jest jeszcze jedna różnica. Władzy nie można zapytać o nic. Władza przemawia tylko wówczas, gdy sama chce coś zakomunikować. Sama wybiera również media, w których chce coś powiedzieć. Zwykle ma do przekazania podobny komunikat, choć mówi do nas wieloma wynajętymi ustami i długopisami. Teraz np. mówi, że najważniejsze są igrzyska. To ona decyduje, co istnieje, a co nie . Na przykład fraza „Falun Gong” nie istnieje. Przynajmniej w chińskim internecie.
 

Cezary Łazarewicz

Komentarze (5)
Czarna data
 Oceń wpis
   

Piąte miejsce mnie nie satysfakcjonuje, jestem rozczarowana, bo medal był w zasięgu ręki – powiedziała płotkarka, Anna Jesień zaraz po biegu, do którego przygotowywała się prawie rok. Przed startem Paweł Jesień, jej mąż i trener powiedział, że Annę stać na medal. Ja również w to wierzyłem. Wiedziałem jak ciężko na niego pracowała brązowa medalistka z Osaki. Trzy miesiące temu miałem okazję oglądać Annę Jesień podczas treningów na warszawskim AWF-ie. Jej mąż opowiedział mi wtedy, że od miesięcy pracują by poprawić wynik żony o pół sekundy. Bo te pół sekundy to przepaść, która decyduje o wejściu do lekkoatletycznej elity.

Od 14 lat Anna codziennie biega, dźwiga ciężary, poci się i męczy. Kontroluje, co je i ile waży. Wszystko po to, by któregoś dnia spełnić marzenia i stanąć na podium igrzysk olimpijskich. Bo przecież ma już trzydziestkę, co dla sportowca oznacza rychły koniec kariery. Była w Sydney i w Atenach, ale nie przeszła eliminacji. Myślała nawet o zakończeniu kariery. Pekin to jej pierwsze igrzyska, w których zakwalifikowała się do finału. Dlaczego nie udało się zdobyć medalu? Powinnam wcześniej przyśpieszyć – powiedziała mi po biegu. Za późno ruszyłam do przodu i nie zdążyłam już dogonić rywalek.

Mix Zona to miejsce, przez które po zejściu ze stadionu muszą przejść wszyscy zawodnicy. Czekają tam na nich dziennikarze. Nie można się przed nimi schować. Od razu widać, kto jest mistrzem, a kto przegranym. Przy mistrzach kłębi się tłum kamer i mikrofonów. Przegrani przechodzą przez ten labirynt dyktafonów i kamer niepostrzeżenie. Nikt ich nie niepokoi. Nikt nie pyta, dlaczego przegrali, co chcieliby następnym razem poprawić. Liczą się tylko mistrzowie.

I chyba tylko my, polscy dziennikarze, wypytujemy przegranych, dlaczego nie wygrali.

Tuż przed Anną Jesień schodziła do szatni zdobywczyni 4 miejsca Anastazja Rabczeniuk z Ukrainy. Nikt jej nie zaczepił. Mijała zupełnie nie zainteresowanych jej startem kolejnych dziennikarzy i szlochała przez całą drogę. Ponoć 4 miejsce jest najgorsze – bo to przedsionek raju. Rabczeniuk zabrakło 12 setnych sekundy by na zawsze zapisać się w historii olimpijskiej. Annie Jesień – znacznie więcej – ponad pół sekundy.
- Teraz nastawiam się na Londyn – powiedziała. To znaczy, że jest jeszcze szansa.

To nie był dobry dzień dla Polski. Rano pojechałem do Capital Indoor Stadium zobaczyć, jak siatkarze rozbiją Włochów. Prawie się udało. Szkoda, że nie do końca i jednak przegraliśmy. Przez to spóźniłem się na mecz w piłkę ręczną z Islandią. Ale już w autobusie, który wiózł nas z hali miejskiego stadionu dotarła informacja z centrum sportów olimpijskich, że nie ma nadziei dla naszych szczypiornistów. Ostatnie bramki, które strzelili nam Islandczycy zobaczyłem na wielkim ekranie głównego centrum prasowego. Promyk nadziei zgasł około 22.40. Tuż po biegu Anny Jesień.

Cezary Łazarewicz
 

Komentarze (10)
Kontuzjowane Chiny
 Oceń wpis
   

W Chinach nastał dzień żałoby. Słońce zaszło nad Pekinem w poniedziałek o 11:51, gdy Liu Xiang schodził kontuzjowany ze stadionu. Agencje podają, że sprinter miał kłopoty z nogą, ale to tylko część prawdy. Całe Chiny doznały kontuzji razem z nim.

Poranne eliminacje lekkoatletyczne w Ptasim Gnieździe to zazwyczaj nudne widowisko. Przychodzą je oglądać koneserzy i sprawozdawcy sportowi, a i to nie wszyscy. Dzisiaj było inaczej. Stadion był wypełniony po brzegi, bo miał startować Liu. Od olimpiady w Atenach, gdy zdobył złoto w biegu na 110 metrów przez płotki, był jak szósta gwiazda w narodowym godle. Liu, poza samym przewodniczącym Mao, jest najbardziej rozpoznawalną chińską marką. Każdy jego krok śledzą setki tysięcy dziennikarzy, a interesują się nim miliardy.

Pierwsze pytanie, które usłyszałem po przyjeździe do Pekinu brzmiało: „Co Polacy sądzą o szansach Liu Xianga?”. Wstyd przyznać, nie znałem odpowiedzi. W ogóle o szansach Liu nie myślałem, bo nic o nim nie wiedziałem. A powinienem wiedzieć przynajmniej tyle, że jest pierwszym Chińczykiem, który zdobył lekkoatletyczne „trzy korony” (czyli ustanowił rekord świata, był jednocześnie mistrzem olimpijskim i świata). Udowodnił, że Azjaci mogą konkurować i wygrywać ze sprinterami z Ameryki i Europy. Jest dumą narodową Chińczyków.

Dzisiaj miał się odbyć wielki pojedynek między Azją i Ameryką. Na bieżni dwóch gigantów:  Dayron Robles z Kuby, który ostatnio pozbawił Chińczyka rekordu świata, i Liu Xiang, za którego kciuki trzymała cała Azja. Poszedłem zobaczyć tę rywalizację i tak jak wszyscy na stadionie, czekałem na szóstą eliminację. Gdy tylko Liu pojawił się w tunelu, stadion drgnął, zakołysał się i zawył. Potem na przemian falował i ryczał. Kamery rejestrowały każdy ruch zawodnika. Liu był w swoich żółtych, szytych na miarę butach, które można oglądać w Chinach na specjalnie organizowanych wystawach objazdowych. Duma narodowa nie wyglądała dobrze. Przy każdym kroku na twarzy płotkarza pojawiał się grymas. Można to było zobaczyć z loży prasowej. Ale stadion tego nie widział. Ryczał na całe gardło. Domagał się sukcesu. Chciał złota. Umilkł dopiero, gdy Liu stanął w blokach startowych. Po falstarcie stało się coś niesłychanego. Liu zamiast wrócić na swój tor, kulejąc zszedł z płyty stadionu.

- Chiny płaczą po Liu – komentuje fotograf z Hongkongu. – Tak zostały pogrzebane nasze nadzieje.
Kibice nawet nie zdążyli go pożegnać, tak byli tym wszystkim zaskoczeni. Chwilę po tym, gdy Liu opuścił stadion, podobnie zrobiła większość z 80 tysięcy kibiców. Niewielu zainteresował ostatni bieg kwalifikacyjny, trójskok, czy rzut młotem.

- Liu jest w wielkiej depresji, bo czuje, że zawiódł nadzieje – mówi Sun Haiping, trener chińskiego sprintera. Na konferencję prasową przyszło kilkuset dziennikarzy. Nawet konferencje mistrzów olimpijskich nie gromadzą takich tłumów. Pan Sun tylko na początku swojego wystąpienia zdołał pohamować emocje. Chwilę później płakał już jak dziecko. Przez łzy zaklinał się, że zrobił wszystko, by przygotować mistrza do startu.
Jeszcze podczas konferencji dostałem sms od Fang, znajomej Chinki: „Biedny Liu. Jaka szkoda.” Przed rozpoczęciem olimpiady wyznała, że tak naprawdę interesują ją dwa momenty: otwarcie igrzysk i start Liu Xianga.

Cezary Łazarewicz

Komentarze (2)
Wychodząc z cienia
 Oceń wpis
   

Na szczęście odległości między obiektami sportowymi są niewielkie. W ciągu jednego wieczoru zdążyłem dwukrotnie zobaczyć Polaków stających na podium. Dzięki Tomaszowi Majewskiemu w Ptasim Gnieździe zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Gdy nasz złoty medalista stanął przed dziennikarzami, z rozbrajającym uśmiechem powiedział: - Głupio było, że nic na tym koncie medalowym nam nie przybywa. Teraz mamy dwa medale i czuję, że lepiej się to potoczy.

Majewski wcale faworytem nie był. Marzył o piątym miejscu. Mieli przecież wygrać Amerykanie: Reese Hoffa, Adam Nelson. To miało być święto w USA - trzech zawodników w finale. Cały turniej był transmitowany na żywo, by Ameryka mogła oglądać swoje wielkie zwycięstwo. - Presja była tak duża, że się zagotowali – powiedział o swoich rywalach Majewski.

To trzecie z kolei igrzyska, w których amerykańscy kulomioci zostali pozbawieni złota. - Bardzo się cieszę, że to właśnie mnie udało się tę passę podtrzymać – mówił zaraz po zejściu z podium Majewski.

Już rano czuć było, że medal wisi w powietrzu. Tomasz Majewski awansował do wieczornego finału z najlepszym wynikiem. A potem było tylko lepiej. 21 metrów 51 centymetrów, które rzucił w czwartej próbie, wystarczyło do zdobycia złota.

- Wiedziałem, że stać mnie na dobry wynik. Tylko musiałem do tego dojrzeć
– powiedział Majewski. - Eliminacje upewniły mnie, ze jestem dobrze przygotowany.

Zanim zawodnik, który zdobył złoto, zacznie się cieszyć ze swojego sukcesu, musi przejść dziennikarską ścieżkę zdrowia. Najpierw udziela wywiadu dla TVP, potem oblega go gromada dziennikarzy z kamerami i mikrofonami (pierwszeństwo mają media elektroniczne). Potem chciałaby mistrza przepytać  telewizja chińska. Kiedy sportowiec dochodzi do dziennikarzy prasowych, ma chyba poczucie, że wszystko już powiedział. Tymczasem Majewski nadal się uśmiecha i żartuje. Twierdzi, że zawsze jest "na luzie". Nawet teraz, ze złotym krążkiem na szyi.
 
Po dokonaniach Tomasza Majewskiego straciła na aktualności moja poprzednia notka. Chińskie media już nas zauważyły. Agencja Prasowa Xinhua pisze: "Polski kulomiot zdobywa pierwszy medal w lekkiej atletyce". Więcej relacji jutro, gdy kupię lokalne gazety.

Aktualizacja 16 sierpnia:  W Pekinie jest 10 rano. China Daily  pisze o Majewskim tak: "Polak bierze najlepszą pozycję. Czarny koń Tomasz Majewski, tak jak przed laty Władysław Komar, dał Polsce złoto w pierwszej lekkoatletycznej konkurencji w Pekinie. Majewski w czwartej próbie pobił swój życiowy rekord  i w imponującym stylu zdobył złoto z wynikiem 21.51 m. Komar był jedynym dotąd  Polakiem, który wygrał tę dyscyplinę na olimpiadzie w Monachium w 1972 roku. Amerykanie, którzy wcześniej mówili, że chcą zdobyć wszystkie trzy medale, skończyli konkurencję na dalszych pozycjach". 

Bardzo miło się robi, gdy piszą o nas w chińskiej prasie. Mam nadzieję, ze to dopiero początek.

Cezary Łazarewicz

 

 

Komentarze (2)
Polski akcent
 Oceń wpis
   

Aktualizacja, godz. 16.48:  A jednak! Doczekaliśmy się Polaków na podium! Brawa dla kulomiota Tomasza Majewskiego za złoty medal i dla szpadzistów za srebro!

----------

 

W domu wisielca nie rozmawia się o sznurze, a w wiosce olimpijskiej - o medalach. Przynajmniej nie chcą o nich rozmawiać polscy zawodnicy i trenerzy. Dziennikarze i kibice - wręcz przeciwnie. Przy śniadaniu, obiedzie, w autobusie i w metrze, gdy tylko spotka się Polaka, zaraz zaczyna się rozmowa o szansach, medalach i o tym, że Otylia Jędrzejczak była już o włos.

Medali nie ma i w wiosce olimpijskiej rośnie presja. Wszyscy chcą się dowiedzieć, czy i kiedy się uda. Zawodnicy trzymani są pod kloszem przez swoich trenerów. Mają myśleć o tym, by dać z siebie wszystko i osiągnąć jak najlepszy wynik. Pod szczególną ochroną są ci, którzy mogą jeszcze wygrać, nasze szanse medalowe: Anna Jesień, Marek Plawgo i Monika Pyrek.

Paweł Jesień, trener i mąż płotkarki Anny mówi, że zawsze przed takimi zawodami dziennikarze pytają żonę o to samo: „Czy zdobędzie pani złoty medal?”  Zawodnicy nie wiedzą, jak na to pytanie odpowiadać. „Tak, oczywiście. Postaram się” – zapewniają.

Jan Widera, trener płotkarza Marka Plawgo dodaje, że ograniczyli kontakty z dziennikarzami, bo nadmuchiwanie balona oczekiwań nie wpływa dobrze na żadnego zawodnika. Wiadomo, że nikt nie jest w stanie zagwarantować zwycięstwa.

Cel jest prosty – tłumaczy trener Widera – na igrzyskach zawodnik musi pobiec w granicach swojego rekordu życiowego. To będzie oznaczało, że trener i zawodnik rzetelnie wykonali swoje zadanie. A czy ten wynik da medal, to zależy od osiągnięć rywali.  

W piątek Marek Plawgo wystartuje po raz pierwszy w eliminacjach, w poniedziałek, miejmy nadzieję, w finale.

 

Tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi magazyn Time zrobił ranking 100 największych gwiazd obecnych w Pekinie. Wśród tej setki jest tylko dwoje Polaków. Na miejscu 40. jest Adam Korol (nazywany przez Time'a „synem wioseł”) - jeden z zawodników cudownej czwórki wioślarskiej, która od trzech lat nie przegrała żadnego wyścigu. Dwadzieścia pięć oczek niżej uplasowała się Otylia Jędrzejczak, która tym razem wróci z igrzysk bez medalu. Trzeba to uczciwie powiedzieć: nie jesteśmy żadną potęgą sportową. Być może nasze oczekiwania są zbyt wysokie.

Cztery lata temu przywieźliśmy z Aten tylko 10 medali. Zapytałem wtedy Henryka Urbasia, obecnego attache prasowego Polskiej Reprezentacji Olimpijskiej, dlaczego wypadliśmy tam tak słabo. Odparł, że powinniśmy się cieszyć, bo nie wiadomo, czy w Pekinie ten wynik uda się powtórzyć.

W trakcie igrzysk chińska prasa poświęciła polskim olimpijczykom tylko jeden tekst. Profesor Jennifer Finney Boyland zastanawia się w nim nad sensownością wprowadzenia testów badających płeć zawodników. W artykule opisuje przypadek Stelli Walsh (u nas bardziej znanej jako Stanisława Walasiewiczówna), najszybszej kobiety świata, która okazała się być obojnakiem. To jedyny polski akcent w chińskiej prasie.

Cezary Łazarewicz

Komentarze (0)
Jedząc na mieście
 Oceń wpis
   

Autorzy „Podstawowych dialogów dla olimpijskich wolontariuszy”, które można dostać w każdym pekińskim McDonaldzie, uczą młodzież jak powinna wyglądać wzorcowa rozmowa Chińczyka z obcokrajowcem. Mcdonaldowy savoir-vivre zakłada, że w pierwszym pytaniu Chińczyk powinien zapytać o wrażenia z pobytu w Pekinie. Autorzy dopuszczają tylko dwie odpowiedzi:

1. Byłem zdumiony ilością ludzi, którzy pojawiają się wszędzie.
2. Chiny są bardziej nowoczesne niż się spodziewałem.

Na pytanie, co wprawia cię w Chinach w zakłopotanie, też są tylko dwie możliwe odpowiedzi:

1. Czuję się mało komfortowo, gdy wszyscy się na mnie gapią.
2. Nie lubię pytań, co ile kosztuje w moim kraju.

 

Akurat mnie to nie przeszkadza. Jedyny kłopot sprawia mi komunikacja werbalna. W zetknięciu z rzeczywistością wszystkie języki w gębie zamierają. Wiem, że taksówkarze byli na specjalnych, przedolimpijskich kursach angielskiego, ale naprawdę nie potrafię ich zrozumieć. Szanuję ich, bo nie kantują klientów, ale zrozumieć nie potrafię. Wiem, że gdyby umieli mówić, to chętnie by mi pomogli.

Jeszcze przed wyjazdem dowiedziałem się, że trzeba jadać tam gdzie miejscowi. Dlatego na początku pytałem każdego, czy mógłby mi polecić jakąś lokalną restaurację. W Pekinie okazało się, że można ją poznać po nakryciu stołu: trzeba iść tam gdzie leżą ceraty, a nie obrusy. Ale tam można wejść tylko z przewodnikiem, gdyż restauracje "ceratowe" nie mają w menu ani obrazków, ani angielskiego tłumaczenia. Jedzenie w takiej knajpie jest jak spacer po linie rozwieszonej nad przepaścią. Kiedyś w jednej z nich trzykrotnie próbowałem zamówić herbatę i dostawałem kolejno: 7 Up, piwo i sok śliwkowy. A kuchnia chińska jest przecież pełna niespodzianek i można tam znaleźć całe bogactwo europejskich ogrodów zoologicznych.

Dlatego organizatorzy pospieszyli nam z pomocą i przygotowali odpowiednie słowniki, które są rozdawane w wiosce olimpijskiej i prasowej. Początkowo korzystałem z „300 chińskich sentencji dla olimpijczyków”, pozycji wydanej przez Pekiński Komitet Organizacyjny Igrzysk. Książka wydała mi się zupełnie bezużyteczna, gdy w rozdziale restauracje znalazłem pytanie zupełnie nie na miejscu w Pekinie: Nali you qingzhen fandian (Gdzie znajdę restaurację arabską?). Zresztą zauważyłem, że i tak nikt nie rozumie mojego chińskiego, bo transkrypcja fonetyczna jest bardzo skomplikowana i bez ćwiczeń z lektorem nie sposób uzyskać prawidłową wymowę.

 

Znacznie praktyczniejszy jest więc rozdawany na terenach olimpijskich „Międzynarodowy tłumacz: Komunikacja natychmiastowa”, rekomendowany przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Jest to składana książeczka, w której zamiast słów występują rysunki. Jej dodatkowym atutem jest obszerny rozdział pod hasłem: „jedząc na mieście”.  Na przykład, jeśli chcemy zamówić w restauracji wino, najpierw pokazujemy palcem narysowany kieliszek a potem butelkę, która na rysunkach może być biała, różowa i czerwona. Osobny rozdział poświęcony jest zagadnieniom kulinarnym związanym ze zwierzętami domowymi. Teraz wystarczy pokazać na obrazku szczura i powiedzieć „bu shi” by mieć pewność, że makaron jest na pewno z tofu.


fot. Cezary Łazarewicz


Słownik nie jest jednak doskonały, bo na dość proste chińskie pytanie, dlaczego w Pekinie nie zdobywamy medali, nie ma tam odpowiedzi. Jak wytłumaczyć, że my już swoje piętno w dziejach świata odcisnęliśmy pod Grunwaldem, Wiedniem i pod Lenino. Przecież nie ma na to odpowiedniego obrazka.

Cezary Łazarewicz

Komentarze (3)
Dusza kibica
 Oceń wpis
   

W oczach kibica chińskiego jest żądza sukcesu. Wczoraj spojrzałem w te oczy, gdy Chinki grały z Polkami w siatkówkę. Nie jest łatwo wygrać, gdy ma się przeciwko sobie pięć tysięcy gardeł i dziesięć tysięcy tupiących nóg. Oklaski i okrzyki towarzyszyły każdemu uderzeniu piłki, ale tylko przez Chinki. A pod koniec meczu słyszałem już prawdziwy festiwal tupania.


Z punktu widzenia chińskiego kibica, ten mecz się zupełnie nie liczył. Chinki walczyły z jakimś nieznanym zespołem, i to o przysłowiową pietruszkę. A wiadomo, że liczą się tylko zwycięstwa i medale. Być może dlatego sala po meczu natychmiast opustoszała. Nikogo już nie interesowało, czy Japonki pokonają Wenezuelki, i jak wysoko.

Każdy Chińczyk mógł kupić bilet na igrzyska. Najtańszy kosztował około 3 dolarów. Najdroższy 130 dolarów. Siedem milionów biletów rozeszło się głównie wśród Chińczyków. W dobrym tonie jest być posiadaczem olimpijskiego karnetu. To oznaka prestiżu.

Kibic chiński ma w zasadzie jedno marzenie. Chce, żeby świat dostrzegł, że Chiny to potęga.
Że liczą się w każdej dyscyplinie, nie tylko w produkcji zabawek. Że skoro Xiang Liu potrafi biegać najszybciej na świecie (sprintem przez płotki), a Yao Ming gra najlepiej w koszykówkę, to można zerwać ze stereotypem ospałego, drobnego Chińczyka.

Jest tylko jeden sposób, by świat zauważył tę rodzącą się potęgę. Trzeba zdobyć w klasyfikacji generalnej najwięcej złotych medali. A przede wszystkim, zdobyć ich więcej niż Amerykanie. Na razie zdobywanie medali  idzie zgodnie z planem.

Każdego dnia rano oglądam w telewizji drobną Chen Xiexia dźwigającą sztangę, bo to ona rozpoczęła triumfalną serię. Wiadomości telewizyjne rozpoczynają się od informacji, który z chińskich zawodników już zdobył złoto, a który dopiero planuje to zrobić. Pod wielkim hotelowym telewizorem co i rusz gromadzi się tłumek. Obojętnie, czy to relacja z podnoszenia ciężarów, hokeja na trawie, czy zawodów w łucznictwie. Jednak to zainteresowanie jest selektywne. Gdy Chińczyk na ekranie wykona swoje zadanie, widzowie biją brawo i natychmiast się rozchodzą.

Wiedza o liczbie zdobytych przez Chiny medali jest kluczowa. W dobrym tonie jest bowiem wspomnieć pekińskim znajomym, że ceremonia otwarcia była największa na świecie. W drugim zdaniu warto dodać o zaskoczeniu, jakim jest wspaniała dyspozycja chińskich zawodników i liczba zdobytych przez gospodarzy medali. Należy ją podać precyzyjnie. Wczoraj popełniłem faux pas, pochwaliłem pięć zdobytych medali, a niestety było ich już na koncie siedem. Moi rozmówcy zdziwli się, że jestem niedoinformowany. Ale chyba wybaczyli mi błąd.

Cezary Łazarewicz
 

Komentarze (3)
Inauguracja oglądana z Ptasiego Gniazda
 Oceń wpis
   

Igrzyska rozpoczęte. Jest druga w nocy. Pekin nie śpi, bo właśnie spełnia się jego sen.

Po Wielkim Otwarciu wróciłem do hotelu. Gdyby był tu Tadeusz Olszański, mógłby porównać wszystkie ceremonie z ostatnich trzydziestu lat. Ja ograniczę się do stwierdzenia, że trudno będzie w Londynie przebić to, co pokazano w Pekinie. Te cuda techniki, latających na linkach ludzi, spacery po koronie stadionu i sztuczne ognie. Zresztą, na pewno lepiej to było widać w telewizji niż z loży prasowej, w której stałem.

Widziałem 2008 perkusistów, zanim jeszcze wprowadzili na scenę swoje bębny (starożytne, chińskie instrumenty wykonane z gliny i brązu). Wszyscy byli jak z matrycy. Jednakowego wzrostu i podobnej budowy.

Fot. Cezary Łazarewicz

Zaskoczyła mnie dbałość o szczegóły. Organizatorzy pomyśleli o wszystkim – nawet o tym, by chińska flaga po wciągnięciu na maszt łopotała na wietrze. Zapewniam, że pod koroną żadnego wiatru nie było. Duchota panowała taka, że pot lał się strumieniami.

Stan wyjątkowy w Pekinie trwał już od rana. Plac Tiananmen i jego okolice przypominały wojskową twierdzę, nie przepuszczano nawet pieszych. Efekt dla ulicznego ruchu był taki, jak by w Warszawie zamknąć jednocześnie Marszałkowską i Aleje Jerozolimskie. A mieszkańcy Pekinu tylko rozkładali ręce i mówili, że to zrozumiałe, bo jest olimpiada.

Ostatni autobus z hotelu odchodził do centrum prasowego na dwie i pół godziny przed rozpoczęciem ceremonii. Miejsca w Ptasim Gnieździe były mocno reglamentowane i nie wszyscy akredytowani dziennikarze dostali wejściówki. Stadion na 91 tysięcy miejsc był zapełniony po brzegi. Na każdego gościa czekała chorągiewka, znicz na baterie, latarka, bębenek i biało-czerwona chusteczka. Rekwizyty miały być użyte w odpowiednim momencie ceremonii. W którym? To dokładnie wiedzieli wolontariusze, przydzieleni do każdego rzędu, by robić klakę.

Przejście Polaków nie spowodowało ożywionej reakcji tłumów. To potwierdza moje obserwacje, że zupełnie jesteśmy tutaj nieznani. Nikt o nas nic nie wie i nie kojarzymy się z niczym. Bolanda, Polanda, Polonda – myli się Chińczykom nazwa naszego kraju. Pewna studentka przekonywała mnie, że Polska leży między Francją i Niemcami. To chyba nobilitacja...

Cezary Łazarewicz

 

Komentarze (8)
Taśmowe powitania
 Oceń wpis
   

Z uroczystości podniesienia polskiej flagi w wiosce olimpijskiej wróciłem podniesiony. Bo zawsze to miło, gdy grają na obczyźnie Mazurka Dąbrowskiego i biało-czerwona wędruje na maszt. Być może to po raz ostatni na tych igrzyskach. Ta czarna myśl przeleciała mi przez głowę po wyjściu z briefingu Chińskiej Delegacji Sportowej. Pan Cui Dalin z całego serca zapewniał, że dla 639 chińskich olimpijczyków celem głównym jest „promowanie przyjaznych więzi między wszystkimi krajami i promowanie ducha olimpijskiego”. Zaraz też dodał, że na pierwsze dwa złote medale w strzelaniu i podnoszeniu ciężarów liczy już pierwszego dnia.

Pan Cui ujawnił ponadto kulisy tzw. "Projektu 119". Chodzi o sporty, w których Chińczycy nie odnosili dotąd znaczących sukcesów i zdobyli dotychczas tylko (!) 119 medali. Projekt zakłada, że już w Pekinie nastąpi zwiększenie produkcji medalowej na tym bezsukcesowym odcinku. Z ubolewaniem informuję, że chodzi o te dyscypliny, w których ostatnio odnosiliśmy jakieś sukcesy, a więc pływanie, żeglarstwo, wioślarstwo i kajakarstwo.
Jeśli nie w wioślarstwie i kajakarstwie, to gdzie mamy zdobywać medale? W tenisie stołowym?
O polskie medale będzie niezwykle trudno. Ciśnienie na mieście jest zbyt wysokie, by Chińczycy sobie cokolwiek odpuścili.

Wróćmy jednak do ceremonii podniesienia flagi. Gospodyni wioski Chen Zhili wita serdecznie gości w Domu Atletów. Za jej plecami jest wielki ekran. na którym każde słowo powitania wyświetlone jest w trzech językach: francuskim, angielskim i polskim.
Symbolem tego powitania jest ręcznie malowana patera, którą organizatorzy wręczyli Kajetanowi Broniewskiemu. Najpierw na maszt wędruje flaga olimpijska. Potem wszyscy stają znowu na baczność. Rozbrzmiewa Mazurek Dąbrowskiego. Polska flaga wędruje na szczyt. Kamera pokazuje w dużym zbliżeniu skupione twarze sportowców. Chór dziecięcy śpiewa falsecikiem: jesteśmy jedną rodziną, jesteśmy przyjaciółmi aż do końca.
Gospodarz uroczystości podchodzi do każdej delegacji. To czas na pamiątkowe zdjęcie. Wszystko trwa nie dłużej niż 30 minut. Na koniec panie sprzątaczki zbierają puste butelki i mokrą szmatą przecierają ławeczki.
Przyszedłem do wioski olimpijskiej za wcześnie. To popsuło moje wrażenia z powitania, bo przekonałem się, że to produkcja taśmowa. Gdyby pokazać w skrócie wszystkie wczorajsze ceremonie, obejrzelibyśmy następującą sekwencję: patera, hymn, flaga, falsecik, szmata. Powtórzoną 51 razy.

W podobny sposób chińska telewizja pokazywała wczoraj, jak prezydent Hu Jintao ściska się w Wielkiej Sali Ludu z prezydentami 11 państw, którzy już przybyli na igrzyska. W telewizyjnym przekazie wygląda to jak scena z kabaretu Jana Pietrzaka: klapa, rąsia, buźka, goździk. Do poniedziałku prezydent wyściska kolejnych 70 przywódców. W ramach parytetu równowagi ściskani będą i Putin, i Bush, i Łukaszenko, a kto wie czy nie sam Kim Dzong Il z Korei Północnej.
Żadna gazeta nie napisała tego wprost, ale między wierszami w prasowych informacji czuć pewną satysfakcję: patrzcie, mimo tylu zapowiedzi bojkotu igrzysk, nic z tego wam nie wyszło.
Z drugiej jednak strony, gdyby znaczący przywódcy wolnego świata przyjechali do Chin, to prezydent Hu nie musiałby ogłaszać, że wczorajszy obiad zjadł z prezydentem Kazachstanu Nursultanem Nazarbayevem. Na pewno wolałby, żeby w świat poszła wiadomość, że jadł z kanclerz Niemiec.

Cezary Łazarewicz

Komentarze (0)
Czego nie widać
 Oceń wpis
   

Na piątkową, godzinną uroczystość otwarcia igrzysk, od trzech i pół roku pracowało kilkadziesiąt, a być może nawet kilkaset tysięcy ludzi. Nie będzie ich w telewizji.

W marcu 2005 roku Pekiński Komitet Organizacyjny ogłosił konkurs na przygotowanie programu otwarcia i zamknięcia igrzysk. Z 409 nadesłanych z całego świata prac 13 trafiło na krótką listę, tzn. ich autorom dano szansę zaprezentowania pomysłu osobiście.
Druga runda prezentacji, do której weszło tylko pięć najwybitniejszych zespołów, odbyła się w styczniu 2006 roku, a więc na dwa i pół roku przed olimpiadą. W rezultacie z pięciu zespołów stworzono jeden.
Pod koniec marca 2006 zaczęły się pracę kreatywne. Potem eksperci sporządzili studium wykonalności i połączyli w jeden projekt pracę zespołu świetlnego, dźwiękowego, fajerwerkowego, choreograficznego i innych. Dopasowali to wszystko do zaprojektowanej konstrukcji stadionu narodowego. We wszystkich prowincjach Chin rozpoczęły się poszukiwania profesjonalnych artystów, aktorów, uczniów, studentów itp.
Pierwsze próby rozpoczęły się rok temu. A że stadion jeszcze nie był gotowy, główną scenę, imitującą Ptasie Gniazdo, zbudowano w dzielnicy Daxing. Zanim powstała, poszczególne zespoły ćwiczyły w 14 innych, rozrzuconych po całym Pekinie miejscach. Dopiero w połowie czerwca artyści przenieśli się do Ptasiego Gniazda, gdzie próby odbywały się dzień w dzień. Oglądając w piątek 15 tysięcy osób, które będą chodzić jak po sznurku, warto mieć świadomość kilku lat pracy, włożonej w każdy najdrobniejszy szczegół i gest.

Ceremonia otwarcia okryta jest wielką tajemnicą. Jej dyrektor, Zhang Heping, zapowiedział w środę, że przedstawienie będzie pokazywało wielkość Chin – tych starożytnych i tych współczesnych. Ich aspiracje i atuty.

Sukces jest murowany. Na Placu Tianenmen widziałem już skrzynie z fajerwerkami, które zostaną odpalone zaraz po tym, jak prezydent Chin Hu Jintao powie, że XXIX Igrzyska Olimpijskie uważa za otwarte. Fajerwerki rozjaśnią linię horyzontu Pekinu, by każdy Chińczyk mógł doświadczyć radości płynącej z Olimpiady.

Czy coś może popsuć tę od lat przygotowywaną uroczystość? Dyrektor Zhang Heping stwierdził, że organizatorzy przygotowani są na każdą ewentualność. Jeśli spadnie deszcz, są w stanie błyskawicznie wprowadzić plan awaryjny, i nawet podczas trwania uroczystości modyfikować program. Wszystko jednak wskazuje na to, że to deszcz jest największym zmartwieniem organizatorów. Gorsi od deszczu są ci, którzy próbują w Chinach wywoływać burzę. Tacy, jak czworo przybyszów z Anglii i USA, których aresztowano, gdy na jednym z pekińskich mostów próbowali powiesić transparent w obronie Tybetu.

 

Jak mówią organizatorzy, wszyscy powinni szanować miejscowe prawa i nie łamać ducha olimpizmu. I jest dla nich oczywiste, że kto "łamie ducha igrzysk", może być aresztowany. Dyrektor Zhank zapewnia, że nikt nie jest w stanie pokrzyżować planów komitetu organizacyjnego. Ceremonia otwarcia ma być największa, najokazalsza, niezapomniana. I nic tego nie zmieni.
 - Bóg nam pomoże – mówi Zhank.
I tylko szkoda, że towarzysz Mao tego nie doczekał.
 

Cezary Łazarewicz

Komentarze (2)
1 | 2 |
Najnowsze wpisy
2008-08-24 22:45 Grobowa cisza
2008-08-24 15:24 Olimpijski bilans
2008-08-22 17:30 Abstrakcja i rzeczywistość
2008-08-21 17:37 Za Wielkim Murem
2008-08-21 16:46 Czarna data
Najnowsze komentarze
2011-05-21 20:01
biznesforum24h:
Olimpijski bilans
Witam Z przyjemnością muszę stwierdzić ze informacje na Pańskim Blogu są jak najbardziej[...]
2011-03-21 20:39
aep:
Grobowa cisza
Tam gdzie w grę wchodzi duża kasa, krzyczą tylko fanatycy, reszta szuka możliwości zarabiania[...]
2010-01-12 22:48
http://wynikidot.pl:
Grobowa cisza
Jak widac chinczycy doskonale sie organizuja we wlasnym panstwie
2009-12-03 06:38
ugg sale :
Czarna data
UGG boots ,ugg discount ,ugg boots sale,ugg cardy ugg store ,ugg boots online,ugg[...]
2009-11-28 09:07
aion:
Grobowa cisza
www.aion4gold.com
Archiwum
Rok 2008